Nigdy nie byłem typem hazardzisty. Nawet w totka grałem może dwa razy w życiu, i to tylko wtedy, gdy koleżanka z pracy zbierała na prezent dla szefa i musiała dozbierać resztę. Moja przygoda z grami online zaczęła się totalnie przypadkiem, i to w dodatku w środku komunikacji miejskiej, co samo w sobie brzmi absurdalnie. Wracałem akurat z delegacji z Wrocławia, pociąg spóźniony, przesiadka w Warszawie na autobus nocny, który oczywiście też nie przyjechał o czasie. Siedziałem na zziębniętym przystanku, padał taki paskudny, mżący deszcz, a ja miałem dwie godziny do zabicia. Telefon ledwo zipiał, bo cały dzień go męczyłem, sprawdzając maile i godziny odjazdów, ale na szczęście w kieszeni znalazłem powerbank, który zawsze wożę na wszelki wypadek. No i tak, stojąc pod wiatą, w otoczeniu reklam piwa i tabletek na ból głowy, postanowiłem poszukać czegoś, co zajmie mi czas i oderwie myśli od zimna i wkurzenia na PKP.
Zaczęło się niewinnie. Przerzucałem strony z darmowymi grami, ale wszystkie wymagały logowania przez Facebooka, a ja akurat nie chciałem, żeby ktokolwiek widział, że o drugiej w nocy siedzę na przystanku i gram w jakieś głupoty. Wtedy przypomniałem sobie, że miesiąc wcześniej szwagier, który jest zapalonym graczem, mówił coś o aplikacji, w której można pograć na wirtualną kasę, zupełnie bez zobowiązań. Pomyślałem, że skoro mam czas i telefon naładowany, to czemu nie. Znalazłem szybko to, o czym wspominał – vavada aplikacja okazała się łatwa do pobrania, zajęła może minutę, a po uruchomieniu od razu wrzuciła mnie w swój świat bez żadnych skomplikowanych formularzy. To było dokładnie to, czego potrzebowałem w tym momencie – proste, kolorowe i kompletnie oderwane od szarej rzeczywistości mokrego przystanku.
Z początku tylko przeglądałem, klikałem tu i tam, testowałem różne gry, ale bez żadnego zaangażowania. Traktowałem to jak taką współczesną wersję cymbergaja na starej Nokii – ot, zabijacz czasu. Na szczęście aplikacja działała płynnie, nie zacinała się, a interfejs był intuicyjny nawet dla kogoś takiego jak ja, kto na co dzień używa telefonu głównie do dzwonienia i pisania wiadomości. Gdzieś po pół godzinie takiego przeglądania, deszcz w końcu przestał padać, a ja poczułem, że zaczyna mnie to wciągać. Nie chodziło o pieniądze, bo grałem wyłącznie na tych darmowych żetonach, które dostałem na start, ale o samą mechanikę, o te wszystkie dźwięki i animacje, które sprawiały, że zapominałem o tym, gdzie jestem. W pewnym momencie podjechał autobus, wsiadłem do środka, rozsiadłem się na tylnym siedzeniu i kontynuowałem zabawę, mając gdzieś resztę pasażerów i coraz bardziej oddalające się światła miasta za szybą.
I wtedy, gdzieś na wysokości mostu Gdańskiego, stało się coś, czego totalnie się nie spodziewałem. Trafiłem na grę, która miała w sobie coś takiego, że nie mogłem się od niej oderwać – jakaś kosmiczna tematyka, ufoludki, rakiety, takie tam. Grałem dalej tymi darmowymi żetonami, które ciągle mi się odnawiały, i nagle ekran eksplodował feerią barw. Myślałem, że to jakiś filmik promocyjny, że aplikacja mi się zawiesiła, ale po chwili zobaczyłem komunikat o wygranej. I to nie byle jakiej, bo kwota, która pojawiła się na liczniku, kompletnie mnie zamurowała. Oczywiście to były żetony, nie prawdziwe pieniądze, ale skala tej wirtualnej wygranej była tak imponująca, że poczułem ten sam dreszczyk emocji, co przy prawdziwym sukcesie. Siedziałem w tym autobusie, gapiłem się w ekran i uśmiechałem się jak głupi do sera. Ludzie dookoła pewnie myśleli, że jestem nawalony albo że oglądam coś śmiesznego na YouTube, a ja po prostu przeżywałem swój mały, wirtualny triumf.
Od tamtej pory vavada aplikacja została ze mną na dłużej. Nie dlatego, że nagle postanowiłem zostać hazardzistą i przepuścić całą wypłatę, ale dlatego, że to było coś, co naprawdę pomagało mi się zrelaksować po ciężkim dniu. Zdarzało mi się wracać z pracy, włączać ją na kanapie z herbatą w ręku i pograć przez godzinkę, najczęściej właśnie na tych darmowych żetonach, które dostawałem regularnie za logowanie. Czasami wpłacałem drobne kwoty, takie dwadzieścia, trzydzieści złotych, żeby poczuć ten większy dreszczyk, ale nigdy nie przekraczałem granicy, którą sam sobie wyznaczyłem. To było jak pójście do kina czy kupienie dobrej książki – forma rozrywki, a nie sposób na zarobek.
Po kilku tygodniach takiego grania, w końcu przyszedł ten moment, na który pewnie wielu czeka. Siedziałem sobie w domu, w sobotnie popołudnie, kiedy za oknem lało jak z cebra, a ja nie miałem ochoty na nic poza lenistwem. Włączyłem aplikację, miałem akurat trochę środków na koncie, postanowiłem zagrać w swoją ulubioną grę. I poszło. Najpierw drobne wygrane, potem większe, a w końcu trafiłem rundę bonusową, która totalnie zmieniła wszystko. Kiedy zobaczyłem końcową kwotę, myślałem, że to pomyłka, że może to jakieś punkty, a nie prawdziwa kasa. Sprawdzałem kilkakrotnie, odświeżałem, logowałem się ponownie. Ale to była prawda. Udało mi się wygrać naprawdę przyzwoitą sumkę, taką, która pozwoliła mi spłacić część kredytu za samochód i jeszcze zostało na fajny weekend dla mnie i dziewczyny w górach.
To było niesamowite uczucie. Nie do końca chodziło o te pieniądze, choć oczywiście cieszyły jak jasna cholera, ale o to, że to wszystko działo się w tak zwyczajnych okolicznościach. Że wystarczyło usiąść na kanapie, odpalić vavada aplikacja i po prostu spróbować szczęścia, bez żadnego planu, bez specjalnych oczekiwań. Do dzisiaj często wracam myślami do tego wieczoru na przystanku, do tego zziębniętego autobusu i deszczu za szybą. Gdyby nie tamto spóźnienie, pewnie nigdy bym nie pobrał tej aplikacji, nie zainteresował się tematem, nie przekonał, że czasem warto zaryzykować i zrobić coś zupełnie od czapy. Dzisiaj traktuję to jako taką swoją małą tajemnicę, sposób na oderwanie się od codzienności, ale zawsze z głową i z umiarem. Bo najważniejsze w tym wszystkim to pamiętać, że to ma być przede wszystkim dobra zabawa, a nie ucieczka od problemów czy desperacka pogoń za fortuną. I ja tej zasady się trzymam.